Wtorek 17 marca 2026 | Imieniny: Patryka, Zbigniewa, Gertrudy

Rejestracja Zaloguj się
RADIO KWIDZYNIAKÓW
AVIVA - SPRAWDZAMY JAKOŚĆ KWIDZYŃSKIEGO POWIETRZA - KLIKNIJ TUTAJ

Kultura > Wydarzenia

CZARÓW W DOLINIE CHARLOTTY CIĄG DALSZY

Tym razem sierpniowa edycja VI Festiwalu Legend Rocka była zdecydowanie łaskawsza dla fanów starego rocka, ponieważ nie spadła z nieba ani jedna kropla deszczu i dodatkowo uraczono nas gwiazdami naprawdę dużego formatu. Najbardziej energetyczny klimat wygenerowany został w sobotni wieczór, kiedy to Złe Psy przy pełnym słońcu kąsały publikę swoimi prostymi, ale mocnymi w przekazie utworami. Po nich uspokoiła nastrój Budka Suflera z repertuarem już nie z tego świata, bo umieścili w nim nawet suitę „Szalony koń” z debiutanckiego albumu. Na deser i to przy prawie pełnym amfiteatrze czarowali nas muzycy z Uriah Heep, którzy w finale porwali z widowni na scenę kilkadziesiąt dziewcząt. W pozostałe dni było równie pięknie.

 

 

FRIDAY

Piątek był pierwszym dniem drugiej odsłony festiwalu. Rozpoczął Kruk, który w Dolinie Charlotty ma już chyba stałe miejsce. Dostali kolejną szansę od organizatorów i z powodzeniem ją wykorzystują, bo z roku na rok grają coraz lepiej. Bardzo poprawne wykonanie „Child In Time” było znakomitym wstępem do popisów pozostałych grup rockowych, które postarały się wykreować ten wieczór na najbardziej mocny ze wszystkich pozostałych. Najgłośniej i najbardziej czadowo zagrał Acid Drinkers, ale dla mnie był zaledwie pozytywną ciekawostką, bo ten gatunek powinien raczej omijać bieżące wydania FLR (może za dziesięć lat). Świetnie za to zabrzmiały covery (niektóre zupełnie odległe tradycyjnemu rockowi – np. utwór Joe Dassin). Minusem były za mocno rozkręcone potencjometry, mimo że lubię bardzo głośno odbierać muzę, to Thin Lizzy zaraz po „kwasach” zabrzmiało, pod względem mocy, jak zespół grający na samych odsłuchach. Dopiero po jakimś czasie percepcja słuchowa wróciła do normy i potem był sam miodzio. Fani tej kapeli mogli bawić się przy prawie wszystkich kawałkach z legendarnej już płyty „Live and Dangerous” (zabrakło mi tylko saksofonu w „Dancing in the Moonlight”). Trudno teraz zawyrokować, czy dla mnie był to lepszy koncert od sobotniego Uriah Heep, ale tyle gitar sprawnie obsługiwanych zrobiło niesamowite wrażenie. Phil Lynott zapewne jest z nich dumny...

 

SATURDAY

Wbrew czarnym scenariuszom można powiedzieć, że szósta edycja charakteryzowała się najrówniejszym poziomem wykonawców. Ba! Nawet zespoły z godziny 18-tej dały radę sprostać wymogom znającej się na rzeczy publiczności. Szczególnym potwierdzeniem tego był niespodziewanie bardzo dobry koncert Złych Psów, które wzmocnione basistą Scorpions (oczywiście: Paweł „Bejbi” Mąciwoda) dały pokaz rockowego rzemiosła godnego gwiazdy wieczoru. Wiem, że nie wszystkim przypadła do gustu sfera tekstowa, lecz miało to też swój specyficzny, ale mimo wszystko pozytywny klimat. Cudownie poczułem się przy „Oni zaraz przyjdą tu” z repertuaru Breakout. Rzadko covery wypadają lepiej od oryginałów, a tutaj tak było od samego początku do końca. Po nich była Budka Suflera z setlistą stosowną do konwencji festiwalu. Już myślałem, że nigdy nie będę się dobrze bawił przy tej, bądź co bądź, zasłużonej kapeli. A tu takie zaserwowali przeżycie... Brawo! Trzeba mieć jednak świadomość, że ten zestaw utworów nigdy nie przetrwałby na któryś tam święcie miasta :). Uriah Heep zrobili to co mieli, ale szczyty zaczęły się od „Gipsy” i potem było już tylko wyżej. Klasyczne kawałki z lat 70-tych przebiły kompozycje z ostatniej płyty „Into the Wild”, ale trudno dorównać takim gigantom jak: „July Morning” czy „Lady in Black” (ten ostatni zbiorowo odśpiewany przez całą widownię i to bez zbędnego wymuszenia). Morda się uśmiechała na widok prawie kompletu w zmodernizowanym amfiteatrze. Wiem, że osiągnięto to sporym wysiłkiem i dlatego szacun dla tych wizjonerów, którzy nie poprzestają na dotychczasowych osiągnięciach. Stworzyli bowiem miejsce niezwykle energetyczne i przyjazne takiej odmianie muzyki. Jeżeli ktoś lubi granie klubowe, to właśnie w Dolinie Charlotty mamy taką hybrydę, z domieszką koncertów w otwartej przestrzeni.

 

SUNDAY

W niedzielę przybyło mniej wiary, bo chyba nie wszyscy załatwili sobie wolny poniedziałek. Młody zespół Chemia zaprezentował swoje walory, które jednak w tym konkretnym miejscu zdecydowanie blado wypadły. Na FLR sprawdzić się mogą początkujące kapele, które grają w konwencji hard rocka, albo jednej z jej klasycznych odmian. Styl Chemii nie doprowadził do powstania chemii pomiędzy zespołem a publicznością. Za to udało się to grupie Perfect, która wywaliła wszystkie swoje klasyki. Cichym bohaterem tej odsłony był Dariusz Kozakiewicz, który poza frontmanem stanowi o sile całego bandu. Szkoda, że specjalnie na tę okazję nie przygotowali jakieś kompozycji gitarzysty z repertuaru nieodżałowanego zespołu Test. To byłaby spora gratka... Zakończenie tegorocznej edycji było w rękach (a właściwie głosie) Paula Rodgersa. Nie jest to mój faworyt, ale od tego koncertu będą o nim mówił tylko ciepło. Pełny profesjonalizm, superancki głos, fajne aranże z takim brudnym brzmieniem gitar – zrobiły na mnie wystarczające wrażenie. Nawet kiepskie kompozycje obroniłyby się w takim sosie, a tu usłyszeliśmy kilka nietuzinkowych utworów plus na deser „All Right Now”. Słowa uznania należą się muzykom „przygrywającym” wokaliście, bo takiej sprawnej ekipy na drugim planie już dawno nie słyszałem.

 

To tyle w telegraficznym skrócie. Dolina Hey!!!

 

Andrzej Nowak w Dolinie CharlottyW Rock Pubie w Dolinie Charlotty Andrzej Nowak przybliżył kulisy panującej cenzury medialnej, której też stał się ofiarą. A wszystko przez najnowszą płytę Złych Psów i utwór „Urodziłem się w Polsce”. Zaledwie kilka dni po tym spotkaniu Andrzej trafił poważnie chory do szpitala. Trzymamy za niego kciuki!!!

Fot. Arkadiusz Ciupek


Oceń artykuł
Autor: Marek | Wtorek 21 sierpnia 2012 | 000 4844
FLP PROGNOZA POGODY MAM
Prawa autorskie 2010 - 2026 © Puls Kwidzyna | Projekt i wykonanie Studio Siedem